OPOWIADAMY
Pożegnanie nieprzywitanych
Leoś był naturalnym cudem, który pojawił się po latach leczenia niepłodności. Za sobą miałam już dwie straty, więc do ciąży podchodziłam bardzo ostrożnie. Obstawiona lekami i zastrzykami, obawiałam się każdego kolejnego dnia. Tygodnie jednak mijały, lekarz zapewniał, że dziecko rozwija się prawidłowo. Na badaniach prenatalnych dowiedziałam się, że będziemy mieli synka. Wszystko przebiegało prawidłowo, zaczęłam wyczuwać delikatne ruchy małego, ale ciągle słyszałam ten wewnętrzny głos, który mówił mi, że coś jest nie tak… Gdy minął 18 tydzień i w pewien lutowy sobotni poranek stwierdziłam, że mały jakoś wyjątkowo mało ruszał się tej nocy, sięgnęłam po detektor tętna, który często mnie w tej ciąży uspokajał. I wtedy usłyszałam ciszę…
Do dzisiaj mam żal, że mój mąż ani razu nie został wpuszczony do gabinetu podczas moich wizyt lekarskich, ponieważ ograniczały go obostrzenia covidowe. Nie widział swojego dziecka na USG – momentów, kiedy się wierci lub zasłania sobie twarz rączką… Naszego synka zobaczył na USG tylko raz, podczas wizyty u innego lekarza. Jednak wtedy nasze dziecko już się nie ruszało…
To był najczarniejszy okres w życiu – moim i męża…. Funkcjonowałam w jakiejś innej rzeczywistości… Otoczenie wokół odbierałam jak za szklaną szybą – docierały do mnie jakieś bodźce, ale zdawały się być przytłumione, dochodzące z oddali… Nic mnie wtedy nie obchodziło i chciałam, żeby wszyscy – oprócz męża – dali mi święty spokój. Podczas lat leczenia, wiele razy upadałam, a mój mąż mnie podnosił. Jednak strata Leosia była momentem, kiedy upadliśmy oboje… Nie wiem, co by z nami się stało, gdybyśmy tak kurczowo nie trzymali się wtedy siebie i nie sięgnęli po pomoc psychologa.
Nieco ponad rok po śmierci Leosia założyliśmy Fundację Ronić po Ludzku.
Aleksandra straciłam w 24. tygodniu ciąży w maju 2024 roku. Zachorowałam na rumień zakaźny, który u dziecka wywołał ostrą niedokrwistość i zapalenie mięśnia sercowego. Na leczenie wysłano mnie z Zielonej Góry do Łodzi – mąż razem z synkiem pojechali tam razem ze mną, abyśmy mogli być blisko siebie. Profesor, który podjął się leczenia naszego dziecka, do ostatniej chwili robił wszystko, co mógł i bardzo dbał o mój komfort psychiczny. Nigdy nie powiedział słów, które ostatecznie odebrałby mi nadzieję. O życie naszego dziecka walczył prawie miesiąc. Gdy podczas kolejnego badania przyłożył głowicę USG do brzucha, nie musiał nic mówić – od razu wiedziałam co się stało… Razem z mężem postanowiliśmy, że wrócimy do Zielonej Góry, żebym tam mogła urodzić. To była długa podróż samochodem… Nie wiedziałam, co odpowiedzieć synkowi, który pytał się czy dzidziuś już wyzdrowiał…
Po porodzie wzięto mnie na łyżeczkowanie i dopiero po nim miałam pożegnać się z dzieckiem. Do dzisiaj żałuję tego, że nie zrobiłam tego od razu po urodzeniu synka – po zabiegu, pod wpływem leków, byłam pozbawiona jakichkolwiek emocji. Wszystkie uczucia wróciły do mnie dopiero rano. I miałam poczucie, że nie pożegnałam się w pełni, dlatego tuż przed pogrzebem poczułam potrzebę, żeby zrobić to jeszcze raz.
Na cmentarzu jestem prawie codziennie. Czasami trudno mi określić, co właściwie czuję. Są momenty, kiedy przypomni mi się jakieś wydarzenie, które wyzwoli we mnie kaskadę emocji. Moja przyjaciółka była w ciąży w tym samym czasie, co ja. Ona urodziła wtedy, kiedy ja przebywałam już w szpitalu. Widzimy się często obie na spotkaniach u wspólnych znajomych. I mam teraz etap złości na nią i na jej dziecko. Jest mi z tym wszystkim bardzo trudno.
Ziemowit. Joachim. Zachariasz.
W ciągu trzech lat poroniłam trzy razy.
W poszukiwaniu przyczyny naszych strat przejechaliśmy setki kilometrów, odwiedzając kilkunastu lekarzy w całej Polsce, wykonaliśmy mnóstwo różnych badań, spędziłam prawie dwa miesiące w szpitalu, przyjęłam całą masę leków i zrobiłam sobie niemal tysiąc zastrzyków przeciwzakrzepowych.
Kiedy okazało się, że prawdopodobnie jedyną przyczyną przedwczesnych porodów naszych chłopców w 18 i 20 tyg. była niewydolność ciśnieniowo-szyjkowa, przeszłam operację założenia szwu TAC, który miał pomóc donosić kolejną ciążę. Niestety, za trzecim razem nasz synek miał zbyt słabe serduszko i odszedł w 11 tyg.
Świat zatrzymał się dla nas trzy razy. Nie zliczę łez, które w tym czasie wylaliśmy, trudnych chwil, ciężkich rozmów, upokorzenia, wstydu, bólu, ale również wsparcia i pomocy od najbliższych.
Ziemowit. Joachim. Zachariasz. Joszko.
Jestem mamą czterech chłopców.
Tylko jednego mogę przytulać.
Była wczesna wiosna, kiedy dowiedziałam się, że wybrałaś mnie na swoją mamę.
Córeczko- od początku byłaś chciana! Od zawsze jesteś i będziesz kochana.
Planowaliśmy już życie rodziny wielodzietnej. Zastanawialiśmy się, jak to będzie – w końcu mieliśmy poznać naszą kruszynkę i przytulić w tym samym roku, w którym się o niej dowiedzieliśmy. Miała być z nami na Święta Bożego Narodzenia.
Niestety, nasze plany i marzenia los zabrał, pozostawiając ogromny ból i potok łez. Serduszko naszego Aniołka przestało być. Wtedy też cząstka mojego serca umarła.
14 maja, o godzinie 12:58 mogłam zobaczyć małe, bezbronne ciałko. Mogłam przytulić moje dziecko – jeden, jedyny raz. Już wtedy czułam, że właśnie straciłam wymarzoną córeczkę.
Dzięki wspaniałej położnej, pani Dominice- udało się spełnić formalności, które były niezbędne do oznaczenia płci i dalszych procedur z nadaniem imienia i pochówkiem. Po kilkunastu dniach, moje przeczucia się potwierdziły. To była córeczka. Moja mała, bezbronna dziewczynka. Dana mi tylko na chwilę.
Całą rodziną wybraliśmy imię – Gabriela Tola. Święta Gabriela jest symbolem nadziei i pociechy w najcięższych chwilach. Idealna patronka, prawda? Po dopełnieniu wszystkich formalności, mogliśmy pochować naszą córeczkę. Jej grób jest dla mnie ostoją. Jedynym miejscem, w którym mogę pobyć z moim dzieckiem.
Każdego dnia zastanawiam się, dlaczego tak się stało, co by było gdyby… Jaki jest sens w tej stracie?
Miałam dwa wyjścia- mogłam tonąć w bólu i cierpieniu lub pomimo bólu i cierpienia, przekuć to trudne doświadczenie w coś dobrego. Wybrałam to drugie. Dlatego mówię o stracie Gabrysi. Jeśli choć jednej rodzinie, moje doświadczenie pomoże, to wiem, że warto. Jeśli choć jedna osoba, pomyśli, zanim powie rodzicom po stracie „będzie następne”- to warto. Bo czy dasz nam gwarancję, że „następne” będzie? A jeśli nawet będzie, to czy wykluczy fakt, że tej mojej małej Gabrysi nigdy nie przytulę, nie chwycę za rękę? Czy to, że mamy dwóch wspaniałych synów, zmniejszyło nasz ból po stracie wyczekanej córki? Jeśli ktokolwiek zrezygnuje z takich komentarzy- to warto. Nie każda kobieta ma w sobie przestrzeń, by odpychać takie słowa, ale jestem pewna, że w każdej zostawią ogromny ból.
Gabrysiu, znajduję Cię w muzyce, deszczu, wschodach słońca, szumie fal, uśmiechach, gwiazdach na niebie i wszystkim, co uważam za piękne. Tęsknię za Tobą w każdym momencie. Choć łzy lecą mi po policzkach, bo nic nie zastąpi mi pustki po Tobie. Jestem jednak wdzięczna, że pojawiłaś się w naszym życiu, że pozwoliłaś mi być mamą trójki, mamą wymarzonej córki.
Jesteś naszą Gwiazdką, naszym Aniołkiem w niebie. Bardzo Cię kochamy!
Kiedy 15 października 2020 roku, życzyłam rodzicom dzieci utraconych siły, przez myśl nie przeszło mi, że rok później ten dzień będziemy z Mężem obchodzić do końca życia.
Mam na imię Monika, mam 30 lat i wraz z Mężem mamy dwójkę dzieci- Marcinka i Rafałka na ziemi oraz trójkę niebiańskich dzieci- Gabrysię, Hanię i Maluszka.
Moja historia macierzyństwa rozpoczęła się w 2019 roku, gdy z ciąży niepowikłanej i troszkę niespodziewanej na świat przyszedł nasz pierwszy syn – Marcin. Kiedy skończył 1,5 roku, zapragnęliśmy znów zostać rodzicami. Udało się już w drugim cyklu, pod koniec marca. Wszystko wydawało się w porządku, dobrze przyrastająca beta HCG, piękny pęcherzyk ciążowy, później bijące serduszko. Pojawiło się lekkie plamienie, które udało się opanować, w porę podane leki przy złych wynikach krwi. Nic nie wskazywało na najgorsze. Lekarze uspokajali, że plamienia się zdarzają, że niedoczynność tarczycy zdarza się coraz częściej, że leki pomogą. Do 7 maja 2021 roku wierzyłam, że tak jest. Będąc w 10. tygodniu ciąży na kontroli, lekarz oznajmił wtedy słowa, które zatrzymały mój świat: „Przykro mi, nie widzę czynności serca”. Te słowa do dziś przeszywają bólem moje serce, które do końca wierzyło, że życie tego dziecka się nie skończy. Trzy dni później byłam już w szpitalu. Był to 10 maja 2021 roku, okres pandemii. Mąż w domu z synkiem, a ja, czekając na zabieg, schodziłam piętro niżej, by choć na chwilę ujrzeć drzwi porodówki, na której rodziło się nasze pierwsze dziecko. W ten sposób starałam się oswoić w sobie strach przed zabiegiem i pustką jaka na mnie czekała po wszystkim. Tego samego dnia, wychodząc ze szpitala, idąc w stronę Męża i synka, niosłam w ręce pudełeczko z materiałem do badań genetycznych określających między innymi płeć, by móc pochować malutkie ciałko. Nie tak miało być Gabrysiu, wychodząc ze szpitala powinniśmy nieść Cię w foteliku, nie w maju, a w grudniu. Pogrzeb odbył się w symboliczny dzień, bo 1 czerwca, w Dzień Dziecka. Dzięki Twojemu Tacie, który zajął się wszystkimi formalnymi sprawami. To był słodko-gorzki dzień.
29 września tego samego roku, w imieniny naszej Gabrysi, której patronem jest Archanioł Gabriel, znów ujrzeliśmy dwie kreski. Kilka dni później znienawidziłam badanie bety HCG na zawsze. Przyrost nie był prawidłowy, praktycznie żaden. Jedynie na usg zobaczyłam malutki pęcherzyk potwierdzający ciążę wewnątrzmaciczną. Wszystko ziściło się 14 października, dzień przed Dniem Dziecka Utraconego. Roniłam w domu. Kiedyś marzyłam o porodzie z psem. Tego dnia trochę tak było, leżał przy brzuchu i swoim ciepłem łagodził bóle i skurcze macicy. Pod moim sercem przez kilka tygodni rosła Hania.
Zaczęło się. Walka, badania, lekarze. Znów zaszłam w ciążę. Na początku lekarz, który zajmował się moimi poprzednimi ciążami, uznał, że nie ma potrzeby leków i badań, gdyż dopiero przy trzecim poronieniu zaczniemy coś z tym robić. Zmieniłam lekarza i obstawiona lekami, zastrzykami, żyłam między życiem a śmiercią, miedzy szykowaniem łóżeczka, a miejscem na cmentarzu. Udało się i 9.10.2022 roku na świat przyszedł nasz drugi synek Rafał Dominik. Szpital, w którym moje serce zamarło, znów stał się miejscem radości. Hashimoto, cukrzyca ciążowa, trombofilia, anemia nie złamały jego walki o życie.
Niespodziewanie, 31 maja 2024 roku zrobiłam test ciążowy, który był pozytywny. Choć przy Rafałku nie robiłam bety przez strach złego przyrostu, tu się przełamałam. Znów beta HCG zwiastowała najgorsze. 8 czerwca zaczęłam krwawić. Mój świat znów się zatrzymał. Nie było nam dane poznać Twojej płci Aniołku, ale wiedz, że czekaliśmy na Ciebie.
Te straty zmieniły moje życie. Choć mam doświadczenie macierzyństwa tutaj na ziemi, to jednak jest we mnie duża tęsknota za dziećmi, których tu nie ma. Widząc małe dziewczynki, wyobrażam sobie, jak by wyglądały Gabrysia czy Hania. I choć mój Mąż jest dla mnie dużym wsparciem, to wiem, że sam potrzebuje wsparcia, gdyż jest Tatą, który też stracił dzieci. Ale też jako rodzice, uczymy dzięki temu nasze dzieci, że śmierć jest czymś nieodłącznym, choć niejednokrotnie trudnym. Nasze dzieci wiedzą, że maja rodzeństwo w Niebie, a jako wierząca rodzina wierzymy w ich wstawiennictwo u Boga.
Czekajcie na nas w Niebie Gabrysiu, Haniu i Aniołku. Ściskamy mocno – Mama, Tata i Wasi ukochani Bracia!!!
Różyczka Ewunia 💔
Aniołek Dzidziulek 💔
Moje dzieci. ♥️
Moje dzieci, za którymi codziennie tęsknię i tęsknić będę do utraty tchu.
Są ważne, mimo że nie mogę ich przytulić. Daję im codziennie część siebie – w myślach i w sercu. W tym samym sercu, w którym są krwawiące rany. Ślady ich niezaprzeczalnego istnienia.
Przychodzę na nasz zabytkowy cmentarz, by poczuć bliskość i połączenie, by po prostu trwać.
Również, by uczyć moje ziemskie dzieci, że rodzina to nie dar dany raz na zawsze. Akurat nasza mała rodzinka nigdy nie będzie kompletna, ale to nie znaczy, że znika miłość. Ona jest wieczna i niezniszczalna.
Rodzeństwo. ❤️
Rodzeństwo, które czuwa i mieszka w sercach, mimo że nigdy się nie poznali. Rozmawiamy, wspominamy i tłumaczymy mimo, że rozpadamy się wtedy od nowa. Wysyłamy buziaki do nieba i grabimy liście. Pot, kurz i odciski. Całusy wysoko w górę aż do chmur, stojąc na palcach albo kucając obok krzyża, między platanami. Razem. Blisko.
Mali, wielcy ludzie. ❤️
Mali, wielcy ludzie, którzy odeszli o prawie całe życie za wcześnie. Mimo że byli tu tylko krótką chwilę, zostawili miłość i ogrom dobrej energii. Staram się ją oddawać dalej, mimo zapędów, by świętości pozostawić zachłannie tylko dla siebie. To moje anielskie dzieci są ze mną zawsze, gdy odbieram telefon pełen bólu i bezsilności od mamy w żałobie. To ich istnienie napędza mnie do działania, by choć odrobinę zmienił się świat osieroconych rodziców.
Byliście, jesteście, będziecie czystą miłością.❤️
Przywitałam Was i zdecydowanie się z Wami nie żegnam. Nie potrafię i nie chcę.
Kocham 💔
Mama
Serduszko Antosi przestało bić ok. 8 tygodnia ciąży. Dowiedzieliśmy się o tym na wizycie kontrolnej w 11. tygodniu ciąży, dzień przed ustalonym terminem badań prenatalnych. 27.06.2022 r. – to był zdecydowanie najgorszy dzień naszego życia. Wiadomość o tym, że nie ma akcji serca sprawiła, że nasze serca rozerwały się na milion kawałków. Jeszcze na poprzedniej wizycie ciąża rozwijała się prawidłowo. Bicie serca naszego dziecka, które wtedy usłyszeliśmy, było najpiękniejszym dźwiękiem, jaki dany nam było kiedykolwiek usłyszeć. Krótki czas, w którym nosiłam Tosię pod sercem, był najpiękniejszym okresem w naszym dotychczasowym życiu. To czas, w którym zaczęliśmy snuć w głowie plany jak będzie wyglądała nasza wspólna przyszłość we troje. Ta ciąża była spełnieniem naszych marzeń. Niestety po Antosi straciliśmy jeszcze dwójkę Aniołków w 2023 r. Najpierw była to ciąża biochemiczna, a krótko po niej kolejna ciąża, która przestała się rozwijać ok. 6 tygodnia. Wykonaliśmy mnóstwo badań i poznaliśmy najbardziej prawdopodobną przyczynę poronień. Niestety, jest ona dla nas bardzo trudna do zaakceptowania, ponieważ nie mamy na nią żadnego wpływu…
Matyldę straciliśmy w 16 tygodniu, znając już płeć i mając potwierdzenie, że wszystko przebiega książkowo. Nie była to pierwsza ani ostatnia strata, ale najbardziej dotkliwa. Do dziś czuję żal, że w szpitalu nie zrobiono wszystkiego, że myśli „a gdyby…” wciąż się pojawiają. Strata ciąży wpłynęła na wszystkie dziedziny życia – rodzinę, znajomych, pracę. Z pomocą przyjaciół udało mi się pozbierać, lecz codziennie strata boli tak samo.








































